Zawsze nie ma nigdy


Była 7 rano, a ja właśnie uratowałam 2 godziny. Ocalony czas spędzałam według wytycznych ludzi sukcesu. W majtkach i za dużej koszulce klęczałam nad drewnianą ławą i gryzłam długopis. Powietrze gęstniało od wulgaryzmów tak, że można by je ciąć nożem i składać w origami.
– Co się dzieje? – zapytała zaspana Hekla wchodząc do salonu.
– Próbuję być produktywna.
– Znaczy co?
– Nic. CV piszę – burknęłam pod nosem.
– I jak ci idzie? – zapytała nieśmiało.
– Nie znam tylu brzydkich słów po angielsku, żeby precyzyjnie opowiedzieć – rzuciłam zgodnie z prawdą. Chciało mi się płakać. Głowa zaczęła wyświetlać slajdy z przeszłości.

Skrzydła obijały się o pośladki. Alba plątała między kostkami. Naelektryzowana od rozpuszczonych włosów, oblepiała ubrania, które miałam pod spodem. Krążyłam po centrum handlowym z koszyczkiem dyndającym na przedramieniu i oglądałam wystawy. Nie musiałam zaczepiać ludzi, podchodzili sami. W kościele opłatki kosztowały tyle co łaska, a ta wyceniana była wtedy na 50 zł.
U mnie duży zestaw – 24 złote, mały za 16. Kiedy pytali czy święcone, nie umiałam kłamać. Poszłam do znajomego księdza żeby poświęcił.

Kilka razy w tygodniu opiekowałam się małym Piotrusiem. W supermarkecie zachęcałam do jedzenia jogurtów. Podawałam kluczyki do szatni i miksowałam odżywki białkowe na recepcji siłowni. Na wakacjach wyjeżdżałam do Hiszpanii, żeby podawać turystom piwo i frytki. Dawałam korepetycje z polskiego, tłumacząc na własnym przykładzie czym jest chimeryczny charakter, syzyfowa praca i stajnia Augiasza. Sprawdziłam jak to jest być PR-owcem w kulturze i redaktorką w dużym portalu.

Umazana czarnym cienkopisem bezwiednie zaczęłam uśmiechać się do tych wspomnień.
– Już ci lepiej? – zagadnęła Hekla znad miski rozmoczonych płatków.
– Trochę! – odpowiedziałam ze śmiechem. – Jedno jest pewne, pracy się nie boję.
– No to czym właściwie się martwisz?
– Nie wiem. Po prostu tęsknię za Krakowem. Nie chcę tu zostać na zawsze – rzuciłam i wyszłam na balkon przytruć płuca i przewietrzyć głowę.

Czas to czarodziej. Wystarczy dać mu kilka tygodni i każdy dramat zmieni w komedię. Uczę się tego za każdym razem od nowa. Błąkając się z opłatkami po galeriach, myślałam, że za kilka lat i kilogramów  już mnie nie zatrudnią. Gdy pracowałam w siłowni, byłam pewna, że do starości będzie towarzyszył mi mikser, mieszający przekleństwa w rytm disco-polo. Kiedy przeprowadzałam się do Warszawy, wydałam pożegnalne przyjęcie. Byłam pewna, że to już na zawsze. Kochałam Kraków, ale przecież praca-kariera-możliwości. Półtora roku później pracowałam już w krakowskiej redakcji. Dawno powinnam nauczyć się od Pilcha, że  zawsze nie ma nigdy.

– Pieprzę to CV – mruknęłam wchodząc do salonu. – Wszyscy myślą, że to jest trudne: wyjechać. Ja myślę, że trudniej jest wrócić i wykorzystać to, czego się nauczyło po drodze – paplałam, bardziej do siebie niż do niej. Hekla stała z rozdziawioną buzią i dziwnie się przyglądała.
– Możliwe, że nie rozumiem – wydukała w końcu.
– Ludzie po takich wyjazdach często wracają do poprzednich zajęć – próbowałam się jakoś poskładać w zdania. – No wiesz, do tej samej pracy, jakby nic się nie zmieniło. A przecież nikt, komu jest dobrze, nie myśli o wyjeździe – podpierałam się Kunderą. – Po co więc do tego wracać?
– No to co będziesz robić? – zapytała młoda.
– To, co potrafię najlepiej. Pisać.
– Ale o czym?
– O tym, czego nauczyły mnie 2 lata na tej wyspie – powiedziałam tak pewnie, że sama przez chwilę byłam zdziwiona.
– A potem? – zapytała z automatu.
– A potem? Potem to się zobaczy.

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.