To zdjęcie sklepiku, przy którym ten wspólny język znalazłam. Zdjęcie zrobiłam sama, już po znalezieniu języka.

Wspólny język


Uderzył mnie tak mocno, że oczy się zaszkliły. Łapałam powietrze małymi haustami i próbowałam nie wypuszczać jak najdłużej. Metoda z dzieciństwa zawiodła, zaczęłam się krztusić. Ten smród był wszędzie.

Panika dopadła mnie już wcześniej. W kolejce po wizę tylko pary i grupki przyjaciół. Czarnoskóry celnik mruknął coś po kreolsku i chwilę przyglądał się zdjęciu w paszporcie.

– Sama? – zapytał po portugalsku.
– Sama – skinęłam głową, modląc się w duchu, żeby podróże w pojedynkę nie były tu przestępstwem.
– Na długo?
– Na miesiąc – wydukałam po hiszpańsku, mając nadzieję, że po portugalsku to jest tak samo.

Za drzwiami lotniska zderzyłam się ze ścianą. Kilkunastu czarnych mężczyzn, co jeden to wyższy, dalej nic nie widać. Ruszyli sprintem. Zwycięzca chwycił moją walizkę i szczerzył się do reszty, jakby stał na podium. Ja w pamięci odtwarzałam chwyty karate. Minęła wieczność albo dwie, nim zapytał:

– Taxi? Taxi?!

Skinęłam głową i posłusznie ruszyłam na koniec postoju.

Za szybą migały baraki z blachy i kartonów, obwieszone kolorowymi szmatami. Przy drodze chłopcy zbierali butelki. Czy tu w ogóle nie ma kobiet? Taksówkarz raz po raz zerkał w lusterko. Starałam uśmiechnąć się tak pewnie, jakbym slumsy mijała codziennie w drodze do pracy. Przylepiona do skórzanej kanapy, jak stara landrynka na dnie torebki, próbowałam zapanować nad głową. Przecież nie może mnie porwać ot tak na lotnisku i wywieźć nie wiadomo gdzie?!

Chwilę później z zaskoczeniem odkryłam, że wciąż żyję. Byliśmy na miejscu. Kilkunastoletni chłopak w stroju ochroniarza otworzył niebieską bramkę. Zamykając drzwi do mieszkania przyjaciela, przypominałam sobie wszystkie instrukcje. Na zacienionym balkonie niebieski hamak, grill i stolik z krzesłami, na słonecznym leżak. Do centrum tylko rowerem, bo będą zaczepiać. Zamykać na kłódkę, nawet na chwilę, inaczej ukradną. Już prawie zaczęłam się cieszyć. Teraz wystarczy tylko nie wychodzić za bramę, leżeć i pływać w basenie. Ewentualnie przemknąć do sklepu za rogiem. Plan doskonały, tak robią na all inclusive. Niestety wcześniej dotarło do mnie, że nie mam pitnej wody, lokalnej waluty i jestem tchórzem.

Po kilku minutach spaceru dotarłam na ulicę pełną straganów, sklepików i restauracji.

– Hello my friend! How are you! Come, come! – nieznajomy mężczyzna próbował złapać mnie za rękę. Przyspieszyłam kroku i przylepiłam się do następnego.
– Hello my friend! How are you! Alone here? I will help you!

No na pewno. Próbowałam tłumaczyć, że nic nie potrzebuję. Nikt nie rozumiał.
Droga do banku trwała pół różańca i 14 zaczepek. Zastanawiałam się, czy wrócić taksówką. Poszerzanie strefy komfortu mogłam przełożyć na jutro. Wtedy zaczepił mnie Raul.

– Skąd jesteś?
– Z Polski.
– Polka? To niemożliwe. Wyglądasz jak Francuzka albo Hiszpanka.
– Polka. Dlaczego niemożliwe?
– Polaków rozpoznajemy od razu. Ich to strach zaczepiać. Nie uśmiechają się i nie odpowiadają na powitanie. Zastanawialiśmy się właśnie ostatnio, to może powiesz, u was w szkołach nie uczą angielskiego?

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.