To dziadek Johannes, jak prowadzi mnie do swojego świata.

Sekret


Misia wbiegła do kuchni, odsłaniając dziąsła w szerokim uśmiechu. Razem z pierwszymi promieniami słońca składała obietnicę udanego dnia. Jest środek lata, ale od tygodni pogoda na Islandii nie rozpieszczała. Często myślę, że ja i ta wyspa mamy wiele wspólnego. Ostatnio deszcz i dużo wiatru, który miota na wszystkie strony.

– Dziadek zabiera nas na wycieczkę! – wykrzyknęła, a ja prawie zadławiłam się jajecznicą.
– Naprawdę?!
– Sam zaproponował!
– Kiedy?
– Jutro! Zapytał kiedy mamy razem wolne i to jest jutro!

Johannes jest potężny. Tęgi i wysoki. Za każdym razem muszę mocno zadrzeć głowę, by przeczytać jego nastrój. Lekko zaciśnięte usta i oczy ukrywające się pod ciężarem brwi, z daleka wydają się nieprzeniknione. Kiedy pojawia się w hotelowej restauracji, pracowników dopada nagła potrzeba odnalezienia czegoś w schowku na miotły. Każde jego zdanie jest jak wyrok. Krótkie i stanowcze: masło się skończyło brzmi jakby właśnie skończył się świat.

– Jesteście gotowe? – zagrzmiał z fotela tak, że podskoczyłam i ku uciesze recepcjonistki uderzyłam łokciem o kant drzwi.
– Misia zaraz będzie! Gdzie nas zabierasz? Nie mogę się doczekać!
– Pokażę wam Hofdabrekkę. Moją ziemię.

Skłamałam tylko trochę. Bardzo chciałam jechać na wycieczkę z dziadkiem. Tylko nie dziś. Kiedy w głowie mrowisko prywatnych znaków zapytania, trudno skupić się na rozmowie. Myśli biegają w różne strony i trzeba pilnować, by na zewnątrz wypuścić tę właściwą. Na wszelki wypadek zawsze wtedy milczę. Dziś nie mogłam sobie na to pozwolić. Johaness nikomu z obcych nie pokazywał wcześniej swojej farmy. A przecież kiedy ktoś chce się podzielić swoim światem, to największy komplement. Jeszcze nie wiedziałam, że znajdę w nim swoje odpowiedzi.

Pięliśmy się stromą drogą w górę. Kamienie raz po raz rysowały podwozie wielkiego mercedesa. Johannes milczał. Półtora roku uczyłam się jego języka. Mrugnięcia okiem, grymasy, półuśmiechy i równoważniki zdań. Tak komunikuje się ze światem. Choć z charakteru i wykształcenia jestem dziennikarką, pierwsze pytania przychodziły z trudem.
– Miałeś dwadzieścia parę lat. W Reykjaviku dom i świetną pracę. Zostawiłeś to wszystko bez żalu?
– Moja siostra do dziś powtarza, że to było wiadomo od zawsze. Johannes nie zostanie w mieście – powiedział z lekkim uśmiechem. Ze wszystkich sił ciągnęłam kąciki ust w górę, ale w głowie miałam zwarcie. Niepokój uderzył w twarz rumieńcem. Wczoraj znów usłyszałam, że moja natura to ludzie i miasto. Niebawem mam to sprawdzić.

Dotarliśmy na najwyższy szczyt farmy. Stoi tu radar kontroli lotów, ale nawet stąd nie da się objąć wzrokiem całej posiadłości dziadka.
– Dlaczego zdecydowałeś się kupić tę ziemię?
– Chciałem być farmerem. A tutaj jest wszystko – wyciągnął rękę i wskazał na rzekę lodowcową.
– Ona jest Twoja? Masz własną rzekę?! Jak to jest mieć swoją rzekę?! –zaczęłam podskakiwać i machać rękami jak postrzelona.
– Miło.
– Miło?! Przecież to niewiarygodne!
– A tam kawałek jęzora lodowca. Dalej góry i kilka wodospadów.
– To wszystko naprawdę jest Twoje?! Nie miałam pojęcia.
– 5000 hektarów.

Wsiedliśmy do auta. Z wpół rozdziawionej buzi zaczęłam wyrzucać serię pytań. Dziadkowi chyba sprawiało to przyjemność. Patrzył w dal i raz po raz uśmiechał się pod nosem.
– Praca przy owcach to chyba straszna harówka? Trzeba je wyganiać, paść, pilnować, zaganiać, strzyc! I tak w kółko. Musiałeś codziennie bardzo wcześnie wstawać! I bardzo późno kłaść się spać.
– Nie w Boże Narodzenie i Wielkanoc.
– Myślisz, że warto było tak ciężko pracować całe życie?
– Zawsze warto ciężko pracować, ale tylko na swoje marzenia – rzucił i włączył radio.

Niebo zaczęło różowieć, kiedy wróciłyśmy znad ulubionego wodospadu Johanessa. Nie mógł pójść z nami. Po ostatniej operacji kolana lekarz kazał mu oszczędzać nogi.
– Nie było momentu, że brakło ci sił? – zapytałam nieśmiało wsiadając do samochodu.
– Raz. Była zima. Ja dorabiałem na budowie. Solvey przy garbowaniu owczych skór. Pomyślałem wtedy, że nie damy rady. Ona przyjechała tu dla mnie, ale ja nie chciałem dla niej takiej pracy – mówił bardzo powoli. Czasem wtrącał zdanie po islandzku i dopiero po chwili tłumaczył na angielski. Jakby wszystkie słowa, które zna, to nagle było za mało. – Jednego dnia, gdy miałem wszystkiego dość, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do stolicy. Zabrałem ją do kina. Po seansie, zobaczyliśmy młodych ludzi z kolczykami w twarzy i zielonymi włosami. Nie chciałem, żeby nasi synowie mieli zielone włosy. Powiedziałem wtedy: Solvey, spróbujmy jeszcze raz.
–  Zgodziła się.
–  Wróciliśmy i wciąż hodowaliśmy zwierzęta. Miałem wtedy prawie 700 owiec. Coraz więcej pracy i coraz mniej zysków. W rolnictwie już było czuć kryzys.
– Wtedy zaczęliście wynajmować pokoje?
– Najpierw jeden, na poddaszu. Tam gdzie teraz mieszkacie.
– Dziś macie sto! – wtrąciła Misia.
– I nie było ci szkoda pozbywać się owiec? Przecież chciałeś być farmerem – dopytywałam.
– Byłem farmerem wiele lat, ale nie widziałem już perspektyw na rozwój. Kiedy nie widzisz gdzieś swojej przyszłości, trzeba ruszyć dalej – powiedział i odpalił silnik.

Ostatnie kilometry pokonaliśmy w milczeniu. Gdy na horyzoncie pojawiły się hotelowe budynki, wydały się małe, jak pudełeczka zapałek rozrzucone na wielkiej, zielonej mapie.
– Nigdy nie żałowałeś tego powrotu? – zapytałam, kiedy zaparkowaliśmy przed recepcją.
– Nie jestem człowiekiem, który często ogląda się za siebie.
– To jest Twój sekret? Myślisz, że to dlatego wam się udało?
– Nie ma żadnego sekretu. Po prostu nie przestaliśmy próbować.

Uściskałam dziadka szybko i mocno, a potem ruszyłam biegiem. Wpadłam do pokoju i zapisałam na pierwszej kartce nowego notatnika: To, że jest trudno, znaczy że jest trudno. Nie, że trzeba rezygnować.

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.