Prezent

Prezent

Są poranki tak bezwstydnie czyste, że chciało by się spędzić w ich objęciach także popołudnie i wieczór.
I nie dzielić się z nikim. To był właśnie taki poranek. Szłam do miasteczka, by w cukierni świętować początek dnia. I wtedy on zepsuł wszystko.

– Cześć! – pojawił się nie wiadomo skąd.
– Cześć! – wyrwało mi się. Choć mogłabym przysiąc, że miało brzmieć bardziej jak: idź do diabła.
– Masz chłopaka?

Od kiedy tu jestem, mam kilku. Nie pamiętam imion, ale wiem czym się zajmują. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się którego wybrać. Jeden zawsze leży nad basenem, drugi oprowadza wycieczki, trzeci zostaje z dziećmi.

– Tak, jest w pracy – kłamię bez wstydu i łapię niewinny poranek na przemijaniu. Nawet jeśli mężczyzna natychmiast sobie pójdzie, nieskalanego słowem przedpołudnia nie da się przywrócić.
Ale on nie odchodzi.

– Spotkało cię ostatnio coś dobrego? – zaskakują mnie własne słowa. Nie miałam zamiaru o nic pytać.
– Nie umarłem!
– Nie umarłeś?
– Będziesz się śmiała, ale imię uratowało mi życie. Nie patrz tak, to prawda!
– Jak masz na imię?
– Najpierw muszę powiedzieć, jak je dostałem. Inaczej nie uwierzysz. Kiedy mama zaszła w ciążę, obydwoje byli bez pracy. Ojciec chwytał się różnych zajęć, żeby nie głodowała.  Miesiąc przed rozwiązaniem w miasteczku ogłosili, że szukają ludzi do fabryki. Szukali trzech, zgłosiło się trzy tysiące. Ojciec też. To mała wioska w Nigerii, tam się ludzie biją o robotę. Wrócił z rozmowy i wyściskał mamę. Powiedział, że dostanie tę pracę. Wiesz, kłamał, żeby ją uspokoić. Dwa tygodnie później zadzwonili, że to naprawdę. Imię dostałem, bo ojciec wierzył, że przyniosłem szczęście. Chciał, żeby tak zostało. Jestem mu wdzięczny za ten prezent.
– I teraz to imię przyniosło ci szczęście?
– Tak. Przyjechałem tu, żeby grać w piłkę nożną. Jeśli chcesz się wydostać z Afryki, to albo piłka albo sporty wodne. Byłem dobry, ale nie wystarczyło żeby się dostać. Chciałem spróbować w kolejnym sezonie, do domu nie miałem po co wracać. Zatrudniliśmy się w barach, bo przyjechałem z przyjacielem. Pracowaliśmy na jednej ulicy w Espargos. Przed pracą trenowaliśmy. Byłem tam jeszcze tydzień temu – przerywa mu komórka, a ja się cieszę.

Cieszę się, że mnie zaczepił, że odważyłam się zadać pytanie. Cieszę się, że na moment jestem bliżej cudzego życia, a nie tortu czekoladowego. Cieszę się, bo czuję, że świat za chwilę znów odkryje przede mną jakąś tajemnicę.

– Dlaczego jesteś tutaj, a nie w Espargos? – pytam, gdy tylko schował telefon do kieszeni.
–  Bo tu jest bezpiecznie.
– Tam nie?
– Byłem na zapleczu, kiedy usłyszałem strzały. Wybiegłem i zobaczyłem jak odjeżdżają. Przyjaciel leżał w przejściu. Zawołałem pomoc, ale wszędzie była krew. Aż się poślizgnąłem. Nie wiem, czy z tego wyjdzie. Kim byli? Jakaś mafia narkotykowa, szef knajpy chyba był coś dłużny. Nie wierzysz mi? Tu są zdjęcia, dostał między żebra.
– Tobie nic się nie stało.
– Przestępcy wybrali tamten bar, a kule wybrały mojego przyjaciela.
– Miałeś szczęście.
– No tak, mówiłem. Jak coś dostaniesz od rodziców, to zostaje na zawsze.

– Teraz powiesz jak masz na imię?
– Mam na imię Goodluck.

Podziel się tym tekstem:
Marysia Organ
marysia organ