Co to w ogóle znaczy

Co to w ogóle znaczy

Droga,

nie ma się czego wstydzić. Tak między nami, ludzie wciąż o to samo pytają. Co to właściwie znaczy? I jeszcze proszą żebym poleciła jakiś poradnik. Martwię się, bo zaczęłam chodzić w nieswoich butach i obcierają. Sama je sobie wcisnęłam, więc nawet nie mam na kogo zwalić. Mogłabym obwiniać cudze oczekiwania, ale przecież wychodzi na to samo.

Dziś znów przyszedł list na tysiące znaków i dwie wiadomości na Instagramie. Co to znaczy być blisko siebie? Ale powiedz, tak konkretnie. Co przeczytać i jak stosować? I już mi się chce na papierosa, płakać albo rzucać komputerem o ścianę. I mam gorączkę, choć dziś w śniegu nie leżałam nawet moment. Podobno nie ma głupich pytań, no ale bez przesady! Nie zrozum mnie źle, kilka lat temu sama od podobnych zaczynałam. Może tylko z mniejszymi złudzeniami, że da się przyjść na gotowe, bo ktoś całą robotę zrobił za mnie.

Przeczytałam więcej podręczników niż student psychologii. Chwytałam się wszystkiego, od Junga przez Wojciszke do Golemana. W akcie dociekliwości sięgnęłam nawet po Osho. To podobno też podręcznik, tylko duchowy. Do dziś się na to trochę wzdrygam, a trochę uśmiecham z politowaniem. Nie, żeby pisał jakieś straszne głupoty, ale tego języka nie da się wybaczyć. Jestem literacką snobką, nic nie poradzę. Gorszą relację niż z nim mam chyba tylko z poradnikami. Dla mnie to jest gatunek dramat. Zrób tak i tak, a będzie sukces w relacjach ze sobą i światem. Może to chodzi o prywatną niepodległość? Wiesz, że mnie trudno coś nakazać i nie lubię formatek. A może te rady po prostu nie trzymają się głowy? Kilkadziesiąt przewertowałam i wszystko, co dziś mam do powiedzenia: oddajcie mi moje pieniądze i żebyście się nie zesrali z tymi mądrościami. Nie polecam nic nikomu, każdemu, ani Tobie. Na wszelki wypadek, chociaż nie pytałaś.

No i jeszcze internet, morze kloaki, w którym ukryto skarby. Zwykle trzeba po nie nurkować głęboko, a ja nie jestem coraz mniej zdeterminowana. Dziesiątki tysięcy stron kopiuj-wklej biedy. A za każdym razem kusi, jak schowana w półce czekolada. Kliknę, może będzie coś głębiej. A potem rozczarowanie, bo to wyrób czekoladopodobny i do tego w smaku jest stary. Co może być gorszego od starej czekolady? Chyba tylko zimna i kwaśna kawa.

Zresztą proszę bardzo. Bliskość ze sobą według poradników i internetu: przyjaźń ze sobą; kontakt z uczuciami i głową; odkrywanie cienia; poznawanie prawdy; przeglądanie się w relacjach; samodzielne dbanie i niezależność emocjonalna; zauważanie blokad i ich usuwanie; swoboda bycia sobą bez lęku; pokazywanie prawdziwego ja; świadomość; szczerość. No powiedz mi, w którym miejscu to jest konkretne? Przecież to dla każdego co innego znaczy. A ludzie by chcieli, żeby ja im takie wydmuszki pisała.

Wszystko czego się o bliskości dowiedziałam z książek, tych mądrzejszych rzecz jasna, jest proste i brzmi mniej więcej tak, parafrazuję:
jeśli nie poczujesz, to dziesięć tysięcy książek nie pomoże!

Ani nawet wybitny intelekt. W moim przypadku się zgadza, choć testowałam na przeciętnym potencjale. Musiałam przeczytać kilkadziesiąt lektur, żeby się okazało, że to nie było konieczne. Próbuję więc ludziom tego czasu oszczędzić, ale oni chyba myślą, że jestem pazerą. Jak piszesz o bliskości, to na pewno wiesz lepiej i masz jakąś receptę. To, że wiem lepiej, to nie jest niespodzianka. Na pewno nie dla mojego brata i wszystkich byłych chłopaków.  A skoro mam rację, to ile razy mam to samo tłumaczyć?! To chyba jakaś pokuta za to, że całe życie nie umiałam pilnować jęzora za zębami. W odpowiedziach zaczęłam udawać, że nie zauważyłam pytania, albo piszę jakieś okrągłe zdania i potem się wstydzę. Bo, tak między nami, mnie te wszystkie podręcznikowe definicje i równoważniki zdań doprowadzają na skraj rozpaczy. Nie będę ich przepisywać, nawet Tobie! To, że poznasz definicję nie znaczy, że ona magicznie zadziała. Jak się czyta, zwłaszcza od myślników, to wiadomo na chwilę i potem się zapomina. Sprawdziłam wiele razy! Ciało migdałowate, mózg gadzi, hipokamp, kora nowa. Moja jest stara albo mało używana, w każdym razie historie lepiej się jej trzymają. I czasowniki. Bo czasownik to działanie. Więc jeśli nie poczujesz i nie doświadczysz, to całe czytanie na nic.

Sama z przyjemnością czytam już tylko wywiady. De Barbarro, Milska-Wrzosińska, Golec, Dobroczyński. To mnie wciąż cieszy i wystarcza. Choć w głębi brzucha  i tak uważam, że więcej o bliskości można się nauczyć z literatury niż z nauk społecznych. I żebyś tylko nie odebrała tego personalnie, bo ja naprawdę uważam, że nauka jest wspaniała! To z neurobiologii wiadomo, że emocje i uczucia najpierw nami zarządzają. Ale  nawet najlepsza instrukcja obsługi człowieka, najdoskonalszy podręcznik albo (tfu) poradnik, jeśli trafi do kogoś z zepsutymi narzędziami, to niby jak on ma siebie nimi naprawić? No ja w tym nie będę pośredniczyć, bo i tak już miewam problemy ze spaniem. Wtedy czytam jeszcze tego Junga i naukowe rozprawy. Przysypiam od razu i śnią mi się ciastka, skrzydła albo mali Indianie. Nie wiem co to może znaczyć.

Czy to nie przedziwne, że żyjemy w czasach, kiedy z bycia człowiekiem najchętniej każdy by się wyleczył? Albo to człowieczeństwo całkiem naprawił. Najchętniej kilkoma zdaniami albo jakąś tabletką! Czytałam gdzieś, że za kult intelektu odpowiada Ameryka, ale przyjeżdża do nas stamtąd dużo turystów i z każdym dniem mam poważniejszą wątpliwość. Nie chcę ich obwiniać, ale faktycznie wyglądają, jakby nie do końca wiedzieli co robią. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali chodzić po lodzie w mesztach i na obcasach. Może przez te buty, a może przez intelekt własnie, wyglądają jak kupa nieszczęścia. Sama nie wiem. Wiem natomiast, że najpierw zależymy od uczuć i emocji. Myśli są zaraz potem. A kto nie przyswoi kolejności, ten ma kłopoty! Nie uważasz, że to trochę okrutne, a trochę zabawne? W każdym razie oni w tych butach często wpadają w tarapaty. Wiedz, że nie zabieram im całej racji, tylko połowę! Głowa jest potrzebna, nie tylko po to, żeby do środka nie padało. Obawiam się jednak, że głosy, które w niej latają, są odpowiedzialne za statystyki wszystkich cywilizacyjnych chorób. Dlatego nie zawsze warto jej słuchać. Tak jak Amerykanów. (No właśnie! Ja też mam pytanie! Kto jest odpowiedzialny? Ten kto w głowie mówi, czy ten kto nosi głowę?)

Czasem mi się zdaje, że całe nasze pokolenie bardzo by chciało być mądre, ale nie potrafi. Jeśli się udaje, to głównie w internecie. W życiu to niby człowiek, a tak naprawdę ameba. Zblazowana masa, która bliskość zastąpiła używaniem, bo tylko ta głowa i myślenie. Wszystko, co ważne, ma pod galaretką. Ciągle się trzęsie, ale nic nie wypuszcza ze środka. Szybko przebiera nibynóżkami. Nóżki na niby, więc i donikąd prowadzą. Strasznie mi przykro czasem na nas patrzeć, ale co ja poradzę? Kiedyś chciałam wynająć w Warszawie ludzi z megafonami. Żeby z dachów krzyczeli: ten, kto wyciera łzy stuzołotówkami, wciąż płacze. I jeszcze: nie da się przytulić do lajków na Instagramie. Ale tam jest tak strasznie głośno, że nikt pewnie i tak by nie usłyszał. Niech więc wszyscy sobie będą mądrzy, powściągliwi i akuratni. Niech będą schowani w tych galaretkach z polewą z intelektu. Europejczycy i Amerykanie. Tylko niech później nie pytają dlaczego w brzuchu i na ramionach im rośnie kamień, dlaczego do pracy ciężko się wstaje, a zamiast życia mają automat i nie potrafią podążać za marzeniami. Wszyscy oprócz Ciebie, dobra? Ty rozpuszczaj galaretkę.

Zaraz zapytasz jak człowiek staje się amebą, więc od razu wyjaśnię. Ze strachu! Że to co mu się już zdarzyło tak dawno temu, że nawet nie pamięta, zdarzy się jeszcze raz. Głowa nie pamięta, bo tak się bała, że całą historię schowała w ciało. Ameba się boi i nawet tego nie wie. Boi się, że się rozpadnie na maluśkie kawałki i będzie bolało tak, że nie da się tego przeżyć. A to nieprawda. Wiem z doświadczenia, rozpadałam się wiele razy. Czasem na drobne szkiełka! I żyję dalej. Nie jest to przyjemne, na szczęście nie trzeba przeżywać w jednym kawałku. Można sobie leżeć rozpadniętym, na ile potrzeba. I dopiero potem się pozbierać, jak przyjdzie pora. Ona przychodzi, ale to wiadomo na pewno dopiero jak nastanie. I wydarzy się, musi się wydarzyć, ale wcześniej trzeba doświadczyć. Poczuć to całe zamieszanie. Choć na początku głównie niepewność i słabość.

Poczuć, co to właściwie znaczy? Tak mnie pytają niektóre biedne ameby i trochę mnie to straszy. Bo jak ja mam to niby wyjaśnić? Po mojemu to nie brzmi zbyt profesjonalnie. To będzie na przykład rzucać się na łóżko i szlochać, zasmarkać wszystkie chusteczki i pościel i rękawy, a potem jeszcze połykać gile, bo choć wszystko wylazło na wierzch, to wciąż dużo zostało w nosie. Albo tylko wykrzywiać twarz w bezgłośnym grymasie, bo ma się w sobie jeszcze za mało płakania. Na końcu czuć ulgę i być bardzo zmęczonym.

Albo drzeć się ciągniesz mnie w dół, ścisz tę cholerną muzykę, do tego się nie nadajesz, wcale mnie nie kochasz i inne brzydkie zdania, bo od brzucha do gardła poszedł już taki ogień, że podpalił policzki i nie dało się go utrzymać w środku. Choć te wszystkie słowa, to mogła być tylko prawda chwili, a nie taka uniwersalna. Potem można przeprosić za środki wyrazu, ale tylko jeśli się chce naprawdę.

Albo jak patrzysz na kota i się wzdrygasz, bo jest piękny, ale też głupi i okrutny. Zgryzł oswojonego kruka, co jadł z nim z jednej miski. I choć wciąż jest piękny, to nigdy już mu nie wybaczysz i nie spojrzysz na niego tak samo.

Albo jak masz drgawki, na zewnątrz wszystko wygląda normalnie, ale w środku telepie brzuchem i głową i myślami tak, że całkiem się zepsuły i w kółko zapętlają. Trzęsie wnętrznościami i na niczym nie da się skupić. I próbuje się myśli upychać na siłę po kątach głowy, zagadać, zapracować, ale tak naprawdę oddałoby się wszystkie pieniądze, wypaliło wszystkie papierosy i wypiło alkohol świata, a nawet zjadło wszystkie słodycze albo lekarstwa, żeby chociaż na chwilę przestało. Nawet jak wiadomo, że to pomoże tylko doraźnie i trzeba się poważniej zająć tą telepaczką.

Albo jak gilgocze w środku od rana, bo nie trzeba nigdzie biec, bo można w łóżku wypić pierwszą kawę, bo pod ręką książka, pod drugą czyjeś ciepłe ciało, bo jest sobota, bo na śniadanie będą jajka na miękko, bo jest słońce, jest śnieg, jest wiatr albo Ty jesteś. Albo sama w pokoju, na innym kontynencie, ale ktoś ma cię w myślach. Nie ma Cię tam, ale jesteś. I tam jest ciepło i bezpiecznie.

Musiałam napisać o tym czuciu, bo stąd już całkiem niedaleko do bliskości i Twojego pytania. W mądrych książkach piszą, że od jej braku ludzie umierają. Bo nawet jeśli pamiętają, żeby jeść i pić, to są żywymi trupami. (Uważam, że ładniej brzmi ameba.) Dziś trochę się o Ciebie martwię, bo jeśli pytasz, to chyba coś jest na rzeczy.  Więc odpowiem Ci po swojemu, bo inaczej mi się nie chce i już nie pamiętam, że kiedykolwiek mi się chciało.

Dla mnie bliskość to taki błysk. To znaczy doświadczać i wiedzieć o tym, czego się doświadcza. Poczuć i zrozumieć. To brzuch i głowa. Błyski łączności, o które trzeba dbać. Są pod uczelnią, kredytem, wstawaniem rano do pracy, zmarszczkami, siłownią, listą zakupów i godziną trzynastą. Są pod tym wszystkim, co się musi, żeby mieć na chleb. I pod tym wszystkim, na co się zdecydowało w tym idiotycznym pędzie, który się pomyliło z dorosłością. Dorosłość w ogóle jest fajna, bo można robić co się chce, na przykład zwiększać ilość błysków. Jeśli tylko specjalnie nie przejmujesz się, co pomyśli tak zwane społeczeństwo. Bo musisz wiedzieć, że inność w ogóle jest super, akceptowana i żyj po swojemu, hura!, ale w szczególe to może jednak bez przesady.

Moment kiedy stawiasz na nocnym stoliku kakao, ta chwila tuż przed sięgnięciem po książkę. Kiedy czujesz, że w środku się chichrasz i wesz dlaczego. Potrzebowałaś posiedzieć pod kołdrą zamiast pić wódkę i tam zostałaś, choć wszyscy siłą ciągnęli na imprezę. Chwila kiedy ryczysz, w środku i na zewnątrz, bo wybrałaś odejść. Od kogoś do siebie. Wiesz, że nie możesz do niego biec, choć strasznie byś teraz chciała. Wiesz, że nie ruszysz się z miejsca. Nie sięgniesz po telefon, choć to na chwilę uciszyłoby wewnętrzny skowyt. Nie zadzwonisz, choć gadać byłoby przyjemniej niż leżeć w kałużach smutku, ale przy sobie. Nie odezwiesz się, bo wiesz, że potem będzie znów to samo i jeszcze gorzej. To te ułamki sekund, kiedy ręce zaczynają się robić niespokojne i bardzo potrzebują potrzymać papierosa. Łapiesz je na tym, wahasz się. Bo wiesz, że możesz zapytać dlaczego i po co. To mgnienie, kiedy ktoś podpala ci brzuch swoim zachowaniem. A Ty widzisz jak bardzo się pali i zamiast lecieć z gaśnicą, wiesz, że możesz wypuścić ten ogień słowami. Na przykład: nie zgadzam się, żeby mnie używać. Nie zgadzam się żeby mnie tak traktować. To są te błyski właśnie.

Jest też przebywanie w swoim pobliżu. Robienie tatuaży, które coś dla ciebie znaczą. Noszenie skarpet nie do pary, nawet jak szefowa dziwnie się patrzy. Tańce do utraty tchu we własnym spokoju. Całowanie książek w ładne zdania. Pisanie dla nikogo i po nic. Wybieganie z domu na deszcz. Wstawanie o poranku i słuchanie szmerów świata. Dłonie zgrabiałe od mrozu. Uśmiechy do nieznajomych. Patrzenie w niebo do bólu karku.

To drobne przykłady, co bliskość znaczy dla mnie. Co dla Ciebie, nie wiem. Musisz się dowiedzieć sama. Tak to właśnie działa, choć nikomu się nie chce i wszyscy proszą o gotowe rozwiązania. Na to już nic nie poradzę, bo nie jestem terapeutką, papieżem ani nawet Mateuszem Grzesiakiem.

Kończę już, bo muszę koniecznie na spacer, żeby ten dzień nie był zmarnowany. Śnieg całuje szyby, niebo świeci tak, że prawie jest kiczowato. Zaraz chyba będą porządne gwiazdy!

Ściskam Cię, jeszcze mocniej niż zawsze.

M.

Podziel się tym tekstem:
Marysia Organ
pierwiastki.com