Fot. Mateusz Skałka

Bliżej


Lodowata kropla wślizgnęła się za kołnierz, a ja nie krzyknęłam, bo nie miałam do kogo. Zdjęłam umorusane plażą buty i w wilgotnych skarpetkach zaniosłam zakupy na poddasze. Ciszę rozlewającą się po mieszkaniu zakłócał tylko szelest reklamówki. Włączyłam ekspres i usiadłam przy starym stole. Ostatnie dwa lata mocno go sfatygowały. Gorące filiżanki, rozlane wino, zbyt ostry nóż, patelnia bez podstawki. Dziś czysty i pusty. Od miesiąca stawiam na nim tylko jedną kawę.

– Jak się masz Maryś? – telefon zabrzęczał obok filiżanki, wyświetlając szary dymek.
– Dobrze! – odpisałam, dla niepoznaki dodając wykrzyknik i uśmiechniętą żółtą buźkę.
– Na pewno? – trzy migające kropki zmieniły się w niewygodne pytanie.
Kraków od Viku dzieli 3429 kilometrów i 2 godziny na zegarku. Jej wystarczyło 30 sekund, by zorientować się, że u mnie coś nie tak.
– Na pewno to nie. Skąd wiesz? – zapytałam.
– Trochę Cię już znam – odpisała Misia. Kilka tygodni wcześniej nalałabym kawę do drugiej filiżanki, postawiła przed nią na obdrapanym stole. Zanim wzięłaby pierwszego łyka, usiadłabym bliżej, żeby się przytulić i wytrzeć smarki w rękaw jej bluzy. – Jak jest dobrze, po prostu zaczynasz opowiadać – dodała.

Od zawsze byłam gadułą. Książki, studia i praca nauczyły mnie, co znaczy poprawnie się komunikować. Wiedziałam kiedy się uśmiechać, jak zagadać i zgrabnie zmienić temat. Umiałam też milczeć i słuchać, więc bywałam szkatułką na zwierzenia. Jedni chcieli się tylko wygadać, inni pytali o rady. Opowiadałam wtedy, co wyczytałam w mądrych książkach. Gadałam dużo i często. O sobie tylko po wierzchu. Przed pytaniami chowałam się za zgrabnym żartem, z języka budując szczelną zbroję.

– Co się dzieje? – wibracja telefonu wyrwała mnie z rozmyślań.
– Był tu Jarek Kuźniar ze swoją ekipą i przed kamerą pytali mnie o Islandię – na samą myśl chciałam biec do łóżka, zakryć głowę kołdrą i wychodzić tylko po kolejne tabliczki czekolady.
– No to chyba super? – zapytała, a mnie policzki zaczęły piec z gorąca.
– Super, gdybym akurat planowała karierę w kabarecie!

Ostatni raz wstydziłam się tak kiedy miałam 5 lat. Na próbie kościelnej scholi wybrano mnie na solistkę. Koleżanka pożyczyła mi zeszyt z tekstem, ale nie byłam w stanie odczytać jej wielkich kulfonów. Kiedy organistka grała refren, ja byłam w połowie zwrotki. Nie nadążałam za melodią. Przed kamerą czułam się tak samo. Zasypywana pytaniami nie nadążałam z odpowiedzią. Ledwie zaczęłam, a już pojawiało się następne. W konkursie na słownego impotenta roku zdobyłabym podium, z prawami do pośmiertnego korzystania z tytułu.

– Nie powiedziałam nic, co chciałam. Nie wiem jak to się stało! Kiedyś potrafiłam paplać jak najęta – wystukałam po chwili.
– A co chciałaś?
– Chciałam o tym, czego nauczyła mnie wyspa.
– Znaczy?
– O tym, co jest najważniejsze!
– Czyli o czym?
– Jezu, no właśnie!

Ruszyłam biegiem. Klienci czekający by się zameldować, na mój widok gwałtownie unieśli brwi i kąciki ust. Nie każdy wbiega na recepcję w samych skarpetkach, z tuszem spływającym z twarzy. Hekla nie była specjalnie zdzwiona. Przyzwyczaiła się, że czasem nie wiem co mam w głowie, póki sobie nie zapiszę. Podała mi kolorowe kartki i pisaki. Trzy minuty później klęczałam już na podłodze w salonie. Brakowało tylko dużej płachty papieru. Niewiele myśląc zdjęłam ze ściany wielką mapę Islandii i odwróciłam na drugą stronę. Ołówkiem rysowałam swoje szlaki i przylepiałam karteczki.

Na żółtej czas.
Już dawno odkryłam, że na tej wyspie chowa się przed ludźmi. Tu codziennie jest piątek. Po 8 godzinach jest wolne i nie trzeba myśleć o pracy. Telefon nie dzwoni i nie ma zaległości. Nie trzeba nic na jutro i na poniedziałek. Obiad dają w pracy, a mieszkanie jest posprzątane. Można się odciąć od świata i zajmować sobą. Nikt nie wyciąga na miasto, bo tu nie ma miasta. Są tylko góry i ocean. Morze czasu, by włóczyć się bez końca i zatrzymywać. Przyglądać sobie bliżej i sprawdzać, co się ma pod spodem.

Na zielonej przestrzeń.
Na wyspie nie ma drzew, więc piękno nie ma się gdzie schować. Rankiem oddech na chwile przyspiesza, bo świat wygląda tutaj, jakby się rodził codziennie od nowa. Wodospady, wulkany i lodowce zabierają mowę wszystkim, którzy ich moc próbują zamknąć w słowach. Zapada cisza, co koi nerwy i uspokaja głowę. Zachwyt często wypływa oczami. Tak jak strach, kiedy wiatr postanawia przypomnieć o swojej potędze. Ze śniegiem, deszczem i mgłą ustalają zasady. Dają znać, kiedy wyjść z domu i co można zobaczyć. Nieposłusznych zdmuchują z drogi razem z samochodem albo przykrywają falą oceanu. Zuchwałych, którzy próbują wydrzeć tajemnice wyspy, zostawiają bez życia między szczelinami lodowca. Ostrożnym pozwolą podejść bliżej. Przemrożeni do kości mogą zobaczyć jak wygląda bezradność i ile warta jest ludzka pokora. Dowiedzieć się czym jest prawdziwa siła i sprawdzić, czy mają jej choć ułamek w sobie. Tym, którzy zostali w domach niby dla żartu na kilka godzin albo dni zabierają prąd. Uczą od nowa jak żyć, bez światła i internetu.

Na czerwonej ludzi.
Islandczyków, którzy jak ich domy, są zawsze otwarci. Rozsypani po wyspie, wiedzą, że człowiekowi potrzebny jest drugi człowiek. Potrafią przejechać pół kraju, by w zimowy wieczór zagrać z przyjaciółmi w pokera i bingo, a letnią białą noc spędzić razem na polu golfowym. Nie buntują się, kiedy wiatr kradnie elektryczność. To kolejna okazja, żeby porozmawiać. Jest czas, żeby przyglądać się cudzym światom, przywiezionym przez emigrantów z różnych zakątków Ziemi. Przyjmują bez makijażu, modnych ubrań, ważnego stanowiska. Tu nie potrzeba żadnej osłonki.
Jest ich zaledwie 350 tysięcy. Dawno odkryli, że w kwestii ludzi, miarą lepszą od ilości jest zawsze głębokość. Jeśli masz kogoś blisko, jesteś szczęściarzem. Dzień po dniu możesz siadać przy starym stole, pić kawę i się rozbierać. Zdejmować zbroję, kawałek po kawałku. Urywanymi zdaniami uczyć się mówić o tym, co pod spodem.

Następnego dnia głos babci Soli oderwał mnie od walizki. Wieczorem miałam wracać do Polski.
– Spakowana? To chodź na lunch! Mam dla ciebie pożegnalny tort!
– Idę! – krzyknęłam z balkonu. – Jak się masz po wczoraj? – babcia też występowała przed kamerą.
– Lepiej! Już nie przeżywam, że nie zrobiłam makijażu! A Ty?
– Beznadziejnie!
– Oho, czemu?
– Chciałam powiedzieć, że ta wyspa uczy bliskości. Tylko wczoraj nie wiedziałam jak!
– Nie bądź głupia!
– Staram się, ale chyba znów nie wyszło!
– Dziecino! Gadać, gadać, w telewizji o wszystkim trzeba gadać. Powiedziałyśmy co się da. Resztę trzeba poczuć.

C.D.N.
________
Jutro wieczorem druga część tej historii.

PS Odcinek o Islandii, z babcią Sollą i ze mną, ma także premierę jutro. Jutro, czyli w niedzielę, o 12:00 w Onet On Tour. Zapraszam! Będę ja, więc będzie się z kogo śmiać!

PS2 Tym, którzy chcą się powłóczyć po Islandii, polecam Jarka. Zabierze Was poza szlak. Nie bójcie się. Kiedy nie mówi do kamery, to zabawny i ciepły człowiek. Można by nawet powiedzieć, że normalny.

PS3 Do chłopaków z ekipy filmowej, jeśli któryś z Was tu trafi: Szalenie miło było oglądać zachwyt w Waszych oczach. Ściskam bardzo i życzę szerokiej drogi. Dzielić się światem z Wami, to naprawdę przyjemność.

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.