Bliżej: za trzy trzysta


Okradły mnie w biały dzień na Plantach.

– Pozwoli panienka, że tu przysiądziemy? Tylko na chwilę, nie będziemy przeszkadzać – powiedziała jedna, opierając torebkę o moje biodro. Przesunęłam się w kącik, a święty spokój cholera wzięła. Właściwie było je dwie.
– To nasza ulubiona ławka – zaszczebiotała druga. – O tej porze jest tu trochę cienia, można sobie odetchnąć i popatrzeć na ludzi.
Pokiwałam głową rozciągając na policzkach wyuczony uśmiech. To była też moja ulubiona ławka i nie miałam ochoty na towarzystwo. Z wypiekami na twarzy studiowałam właśnie ‘Pułapki wychowania’, raz po raz dziwiąc się, że jeszcze istnieję. Tymczasem one rozsiadły się w najlepsze. Jedna wyciągnęła cienkiego papierosa, druga suchym obwarzankiem karmiła gołębie. Rozważałam jeszcze, czy nie spróbować ich jakoś odstraszyć: zacząć pluć albo chociaż przeklinać pod nosem. Chichotały jak nastolatki, choć mogłabym przysiąc, że obydwie są już po 80-tce. Ławka definitywnie została przejęta. Rozpaczliwie szukałam wzrokiem nowej przestrzeni.

 

– Ciocia?! Ciocia! No dzień dobry! – do już nie mojej ławki podeszła kobieta. Opalona blondynka, słusznej postury, ciągnęła za sobą kundelka na czerwonej smyczy.
– Dzwoniłam do ciebie, ale nikt nie odbierał! Gdzieś się tak wysmażyła? – zapytała ta bliżej mnie, z rudą trwałą i czerwoną szminką.
– We Włoszech byłam, w końcu mogłam dychnąć – powiedziała, rzucając mi badawcze spojrzenie. Szybko schowałam nos w książkach, udając głuchoniemą. Nawet niespecjalnie chciałam podsłuchiwać. Blondynce też nie zależało na dyskrecji. Rozpływała się nad dwutygodniowym dolce far niente z takim rozmachem, że retoryki mógłby jej pozazdrościć proboszcz z Mariackiego. Już miałam wstawać, kiedy ściszyła głos do szeptu.

– Do tej pory nie mogłam tchu złapać. Codziennie gonitwa. Rano na stragany po świeże warzywa. Obieranie, krojenie. Potem miksowałam, bo ani mięsa ani jarzyn nie pogryzie, nawet tych bardzo rozgotowanych. A i tego zje może ze trzy łyżki. Z piciem też problem, bo nie chce połykać. Kąpieli sama nie odprawię. Trzeba dwie osoby, żeby wsadzić do wanny. Jedna nie dźwignie. Jak nie było komu pomóc, to pod prysznicem stawiałam stołeczek, jedną ręką trzymałam, drugą lałam wodę. Wtedy i ja miałam prysznic zaliczony. Do parku to samo. W pojedynkę wywlec się nie da, a sprowadzanie po schodach, to jest pół godziny. Balkonu nie ma, a bez słońca wiadomo…
– Bez słońca człowiek szybciej niż chleb pleśnieje – palnęłam, zanim mi się przypomniało, że ja tu tylko książkę czytam.
– No właśnie! Do tego ciśnienie skakało. Dzwoniłam po pogotowie, bo się bałam, że to już koniec. A oni nawet nie chcieli przyjechać. Teraz trzeba mówić, że jest utrata przytomności. Jakbym wiedziała wcześniej, to bym pokłamała. A tak, mówię cioci, każdego dnia udręka. Zaczęłam już nawet myśleć o rozwodzie.
– Na stare lata zostawiać chłopa z takim problemem? – żachnęła się ruda trącając mnie łokciem.
– Ja tych lat jeszcze mam trochę przed sobą – blondynka zapłonęła od stóp po czubki uszu. – Nie wytrzymałam i w końcu dałam ultimatum: albo ośrodek albo ja odchodzę.
– Załatwił?
– Załatwił i jakby cud się zdarzył! Teściowa je wszystko, co jej dają, pije, i to sama! Do ogródka wywożą ją codziennie w fotelu. Może być bliżej ludzi i słoneczka złapać. Chyba od tego apetyt jej wrócił. No mówię cioci, wszyscy są zadowoleni. Mąż tylko nie może iść na emeryturę, bo trzeba opłacać. Ale i tak jest szczęśliwy, że znów mamy życie.

– A dużo to kosztuje?
– Trzy trzysta co miesiąc i niczym nie musimy się martwić. Leki, wyżywienie, opieka całodobowa – wszystko w cenie. Trzeba tylko odwiedzać.
– No to macie spokój!
– Prawie. Ostatnio mąż powiedział, że nie będzie tam chodził.
– Matki nie będzie odwiedzał?
– No bo w tym ogródku, na podwieczorku, jakiegoś pana poznała. 20 lat młodszy i chce się z nią żenić. Przychodzi do pokoju i do łózka jej się kładzie!
– To ci dopiero!
– Ona cały czas o nim opowiada, a mąż się denerwuje. Nawet próbował interweniować u opiekunów.
– I co?
– Nic właśnie, przecież przychodzić mu nie zabronią. A co najgorsze, ona ślubu to nie chce, ale poleżeć pozwala!

 

 

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.