Bliżej: porada dla freelancera


Czekałam posłusznie, aż się obudzi. Siląc się na cierpliwość, uchyliłam okno. Podobno dobrze codziennie robić coś nowego, wpuściłam więc do mieszkania nowiutkie powietrze. Mózg wciąż spał w najlepsze, choć ja od pół godziny byłam już na nogach. Dla świata też było jeszcze za wcześnie. Dozorca wciąż nie dopadł miotły na podwórzu. Panów, co zabierają śmieci, uparcie nie było. Nawet gałęzie drzew wisiały leniwe, choć wiatr już nieśmiało zapraszał do tańca.

 

By zdrowym nawykom stało się zadość, zawlekłam ciało do kuchni i włączyłam czajnik. Letnia woda na czczo – powtarzałam w myślach, sypiąc do dzbanka cztery łyżki kawy. W lodówce nie znalazłam ani pół cytryny, więc usprawiedliwiona sięgnęłam po mleko. Z kartonu wykręciłam trzy smutne krople. Ja, też niepocieszona, wróciłam do biurka. Czekając aż świat i głowa ruszą do działania, przeglądałam internetowy poradnik dla pracujących z domu.

 

Przy pierwszym punkcie prawie eksplodowałam. Wstawać wcześnie rano – tak robią najbogatsi! 5:30 właśnie wybiła, a ja pełna dumy i czarnej kawy, niemal widziałam te wszystkie złotówki. Nie sprzątać w godzinach pracy – to też było łatwe. W mieszkaniu wszystko jest posprzątane. Węzły gordyjskie z ciuchów, za drzwiami szafy, leżą bezpiecznie ukryte przez wzrokiem. Zlew pusty. Żadnych brudnych talerzy i szklanek. Kubków na biurku nie policzyłam, bo w każdym akurat jeszcze coś było. Szło gładko, więc łapczywie czytałam dalej. Pracować kiedy śpią albo odprowadzić do żłobka. Zamiast pracować sama wciąż jeszcze drzemałam. Szczęśliwe przytomna na tyle, by sobie przypomnieć, że ja nie mam dzieci.

 

Nie zaczynaj pracy bez śniadania, jedzenie to paliwo dla mózgu. Wszystko jasne – huknęłam tak głośno, że słowa od ścian odbiły się echem. Pracując z domu łatwo przytyć. Uniosłam brwi, bo waga w łazience mówiła co innego. Okrągłe 60, ostatnio tyle ważyłam w gimnazjum. Mogłabym przysiąc, że jeszcze miesiąc temu, było ze 2 kilo więcej. Zerknęłam do lodówki, chyba tylko po to, żeby ją przewietrzyć. Z szuflady wyglądał samotny majonez, a staruszek pomidor opierał się o kawałek masła.  No ale kawę mam – powiedziałam znów tylko do siebie i zaraz się zmartwiłam. Od siedzenia w domu można zwariować. Nie przez przypadek w izolatkach zamykają za karę.

 

Wnętrzności z głodu zaczęły wywijać marsz żałobny. Szczęśliwie wybiła już 6:00. Ruszyłam w japonkach i spodniach od piżamy. (Wtedy nie znałam lekcji o ubraniach. Strój wpływa na jakość pracy i trzeba się ubierać, jakby się miało wychodzić do biura). 15 sekund później, byłam na parterze sąsiedniej kamienicy i przyglądałam się świeżym drożdżówkom. Sklepik maleńki, jak pudełko zapałek, zawalony towarem po sufit. Ciasny tak, że w kolejce czeka się na wdechu. Przede mną na szczęście tylko dwóch panów. Cali na niebiesko, kupują bułki i suchą krakowską. I jeszcze coś na wzmocnienie, żeby nie pospadać z tych wielkich rusztowań. Za ladą nie było jednak pana Pawła, jak co dzień. Stała tam jakaś obca kobieta.

 

– Pani tu długo mieszka? – zagadnęła, gdy przyszła moja kolej.
– Dzień dobry! Jestem Marysia. Mieszkam nie długo, kilka miesięcy – zaczęłam się tłumaczyć, ze wstydem zerkając na spodnie od piżamy.
– Krystyna! Tak myślałam, bo ja Pani nie znam! A jeden z moich chłopców mówił o ładnej sąsiadce.
– Pani syn?  –  niezdarnie próbowałam zasłonić włosami rumieniec.
– Wszyscy tutaj to moi synkowie!
– Mhm…
– Przepracowałam w tym sklepie 14 lat, zanim poszłam na emeryturę – zaczęła opowiadać  ze śmiechem.
– I nie tęskni pani za pracą? – wymknęło mi się, nie wiedzieć po co.
– Pracę to ja mam w dupie – mówiła szukając dla mnie mleka  – ale za klientami tęsknię. Więc się umówiłam z szefem, że będę brać zastępstwa. Zawsze to człowiek bliżej ludzi – w głowie błysnęło zaprzyjaźnione słowo.

– No ale nie wszystkich chyba pani lubiła? – zapytałam pakując banany do torby.
– No pewnie! Nie raz miałam dość. Czasem psioczyłam, pogoniłam miotłą!
– A teraz?
– Teraz wracam tu z przyjemnością. Czasem lepiej popatrzeć na cudzą gębę, nawet brzydką, zamiast się gapić na cztery ściany.

 

 

 

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.