Fot. Mateusz Skałka

Bliżej, co dalej?


Żołądek zaczął tańczyć kankana już w samolocie. Ręce lepkie jak spojrzenia stewardess, lekko drżały, gdy bezmyślnie przerzucałam kolejne strony książki. Niepokój zaczął się skraplać na skroni. Nie była to wina turbulencji, zawsze lubiłam latać. Airbus ciął chmury z prędkością 840 km na godzinę, a ja nie potrafiłam nadążyć za głową. Pobrzękiwały w niej słowa chłopaków z ekpiy filmowej. Wracać na dłużej do Polski, to dzisiaj szaleństwo. Praca dla dziennikarzy? Może, po wyborach. Dziś podobno kiepsko płacą nawet w Pudelku. Zawsze miałam wyznaczony termin powrotu na wyspę.  Dzień w kalendarzu, jak poduszka bezpieczeństwa, kiedy po drodze zdarzy się wypadek. Tym razem leciałam do Polski bez asekuracji.

W Katowicach wylądowaliśmy bezpiecznie, ale ja wciąż głowę miałam w chmurach. Burzowe, bardziej niż kłębiaste. Nie dały się wyprzedzić na pustej autostradzie do Krakowa.
– Jakie masz plany Marysia?  – zapytał Artur, a mnie żołądek wywróciło na lewą stronę.
– Planów niewiele, ale mam kilka pomysłów – przyznałam zgodnie z prawdą, modląc się w duchu, by ktoś zmienił temat. Był środek nocy, więc nie mógł widzieć mojej miny. Mimo to, nie pytał o więcej. Taktownych przyjaciół brata uznałam wtedy za dar niebios. Niebieski towarzyszył mi zresztą całą drogę. Głównie podczas hamowania, na twarzy, razem z zielonym.

Kiedy wysiadłam, uderzył mnie tak mocno, że zakręciło się w głowie. Zapach bzu i mokrej trawy pulsował w sercu Krakowa. Przycupnęłam na walizce, żeby złapać oddech i przyglądnąć się gwiazdom. Zawsze marzyłam o mieszkaniu na Starym Mieście. Z wysokim sufitem, który pomieści wieże z moich książek. Bałam się jednak zgiełku, kurzu i tłumów. Wtedy trafiłam na tę kawalerkę. Schowana między drzewami w cieniu podwórza, była jak przejście do innego świata.

Schodki, które prowadzą prosto do kuchni, gęsto oplata powój. Pnie się po ścianie kamienicy aż po dach i szczelną ścianą odgradza od wszystkich głosów miasta. Nad balustradą pochyla się krzak bzu. Niewysoki i lekko przygarbiony dba troskliwie, żebym nie czuła ulicznego smrodu. W ogródku chowa się chór ptaków. Śpiewają bez ustanku, wieczorami i nad ranem. Zupełnie jak te, które budziły mnie na wyspie. Może przestrzeń da się znaleźć i tutaj, tak jak to mieszkanie – przypominałam sobie taszcząc po schodach walizkę.

– Misiu, ja już jestem! – wybrałam jej numer następnego ranka, gdy tylko otworzyłam oczy.
– Biegnę! – rzuciła do słuchawki i się rozłączyła.
Była przed drzwiami, zanim zdążyłam zdjąć z siebie piżamę. Pan Los chciał, że swoje mieszkanie znalazła dwie ulice dalej. Pół minuty biegiem, dwie spokojnym krokiem. Znów mogłyśmy siedzieć razem przy porannej kawie.
– Zrobię jeszcze jedną. Nie zmrużyłam oka – włączyłam czajnik. Misia wystawiała buzię do słońca na schodach.
– Ja poproszę wodę! – krzyknęła odpalając papierosa. – Martwiłaś się pracą?
– Praca się chyba znajdzie, pracuję przecież od ponad dekady. Myślałam o czymś innym.
– O czym to znowu?
– No wiesz, jak sobie zrobić Islandię tutaj, w Krakowie – zaciągnęła się mocniej i przez chwilę milczała.
– I co wymyśliłaś?

Pomysł plątał się po głowie od kilku miesięcy. Nabrał rumieńców, gdy znów odkryłam, że dom jest w Krakowie. Opuszczałam wyspę, tym razem na dłużej, ale nie chciałam tam zostawiać spokojniejszej siebie. Tęskniłam za Polską, nie za życiem w biegu. Nie mam tyle czasu, żeby znów przegapiać to, co najważniejsze. Z pomocą przyszła książka. „Projekt: prawda” przytulałam do snu codziennie wieczorem. Myśl błysnęła w głowie któregoś poranka. Skoro Mariusz Szczygieł znalazł tyle prawdy w kraju, w którym wszyscy kłamią, ja mogę szukać bliskości! Do Szczygła mi jak stąd do kosmosu, ale może uda się coś upolować. Być blisko, to przecież wystawiać się na doświadczenia. Gdzie – to może nie jest takie ważne.

– Obiecaj mi coś! – rzuciła Misia zbierając się do wyjścia. – Jak będziemy miały mężów i dzieci, to też będziemy mieszkać po sąsiedzku! Tak, żeby można było przybiec bez wstydu w piżamie.
– A więc jest! – podskoczyłam i klasnęłam w dłonie z radości.
– Co?!
– Pierwszy sposób na bliskość w Polsce!
– Mieszkanie?
– Kawa, na którą można przybiec w kapciach! Jeszcze przed śniadaniem i bez zapowiedzi.

_______
Ten tekst, to zwiastun nowego cyklu. Będę szukać w Polsce bliskości.
Bezwstydnie przyznaję – marzy mi się mała epidemia! Jeśli chcecie mi pomóc rozpętać zarazę, jest na to sposób. Swoje metody, na to jak być bliżej siebie, innych albo świata, wyślijcie razem z historią na ten adres: marysia.organ@gmail.com. Najlepiej z dopiskiem #bliżej w tytule. No i koniecznie zwerbujcie przyjaciół!

Znaleźć bliskość w podzielonym kraju, to może być wyzwanie. Na szczęście nikt tu jeszcze nie zakazał marzyć!

Podziel się tym tekstem:

Marysia Organ

Marysia Organ

Cześć! Jestem Marysia i napisałam ten tekst. Jeśli Ci się spodobał, podaj go dalej! Udostępnij komuś, komu się przyda. Komuś, z kim chciałbyś o nim porozmawiać. Komuś, kto jest Ci bliski albo chcesz, żeby takim się stał.